WYWIAD Z EDYTĄ PIECHĄ, NARODOWĄ ARTYSTKĄ ZSRR

Edyta Piecha: Od lat mam taką tradycję, by w dniu urodzin prezentować swojej publiczności koncert, na którym poprzez swoje piosenki pokazuję swój życiorys. Tym razem będzie to spotkanie z Wilnem mojej młodości, z miastem, w którym występowałam mając lat 20-25. Mieszkałam kiedyś w akademiku z koleżanką z Wilna, mam w Wilnie bardzo dużo niezrealizowanych sympatii.

Zapraszam do przeczytania wywiadu z Edytą Piechą, Polką, która zrobiła oszałamiającą karierę w ZSRR. Wywiad przeprowadził w przededniu jej 70. urodzin w 2007 roku wileński dziennikarz Witalis Masenas – Polak, na stałe mieszkający w Wilnie. Edyta Piecha urodziła się 31 lipca.


Witalis Mesenas: W Wilnie zapewne pamiętają jeszcze Pani występy z zespołem „Drużba”…

Edyta Piecha: Z „Drużbą” rozstałam się 31 lat temu, w 1976 roku. Tak się złożyło, że pan Broniewicki – mój pierwszy mąż, którego zawsze będę pamiętała jako swojego stworzyciela – bo to on stworzył artystkę Edytę Piechę, ale nie chciał pogodzić się z tym, że chciałam być już po prostu Edytą Piechą, a nie solistką jego zespołu. W ten sposób po dwudziestu latach rozstaliśmy się. Ja to wytrzymałam, a on zmarł w 1988 roku, niestety. Ale były to pierwsze występy i wszystko, co jest w młodości, jest oczywiście wspaniałe. A dalej już idzie walka o to, żeby być.

WM: Na swojej drodze życiowej poznała Pani wiele wspaniałych znakomitości, wiele wybitnych osobowości. Które z tych spotkań są dla Pani najdroższe?

EP: Nie zdążyłam osobiście poznać Edith Piaf. Po raz pierwszy miałam pojechać do Paryża z występami w 1961 roku, ale miałam wówczas polski paszport, i nie otrzymałam zgody. Największą artystką mojego życia była także Marlena Dietrich. W 1968 roku występowała w Leningradzie, byłam na jej występie i dostałam nawet autograf, ale później ktoś mi go ukradł. Ale za kulisami była nieprzyjemna, taka „woskowa” pani, chociaż patrząc na nią jako widz byłam oczywiście zachwycona. Babcia z najładniejszymi nogami na świecie.

Była też taka Klaudia Szulżenko. Bardzo chciałam czegoś się od niej dowiedzieć. Szulżenko zaprosiła mnie do siebie, śpiewała w swoim mieszkaniu w Moskwie specjalnie dla mnie. Było to dla mnie, jako artystki, bardzo duże wyróżnienie. Później, gdy obchodziłam 25-lecie działalności artystycznej, pani Szulżenko wyszła na scenę „Rossiji” i podarowała mi bukiet różowych goździków – były to jej ulubione kwiaty. Stało się wówczas coś wspaniałego w moim życiu, bo ja uczyłam się być artystką obserwując jej występy, znając ją, podpatrując wszystko to, co robi. Kiedyś zapytałam, co trzeba zrobić, żeby „ręce śpiewały” tak ładnie jak u pani. Odpowiedziała mi, że jeśli serce śpiewa, to i ręce zaśpiewają. „Tylko nie nogi” – dodała.

Dostawałam też dużo kwiatów od kosmonautów. Znałam dobrze pana Gagarina, spotykaliśmy się często na różnych występach. Graliśmy w siatkówkę kiedyś i coś mi się stało z nogą. Gagarin wziął mnie na ręce i zaniósł do punktu medycznego. Dobrze znałam Titowa, z panią Tierieszkową byłyśmy znajomymi. Z Polaków znałam Sławę Przybylską. Nie znam angielskiego, więc mogłam rozmawiać tylko z tymi, których rozumiałam – Polaków, Francuzów, Niemców.

Na Kubie też cudownie mnie określono – „La seniora cancone”.

WM: Jak się Pani z tym czuje?

EP: Czuję się jak eksponat w dobrym muzeum. Wiem, że ludzie mnie szanują, obdarowują mnie kwiatami. Gdy miałam podwójny jubileusz 31 lipca, dostałam trzy samochody kwiatów. To olbrzymie szczęście dla artysty. Dlatego czuję, że coś w tym życiu naprawdę zrobiłam dobrego, byłam potrzebna na tej ziemi. Jest to bardzo przyjemna moja misja. Czuję się jak misjonarz, bo przez piosenki daję ludziom wiarę, dobroć, nadzieję, miłość. Wszystko to, czego nie miałam – straciłam ojca mając 4 lata. Wiedziałam, że muszę coś w życiu robić, by nikt mi nie zarzucił, że jestem nie dość dobra, lub najgorsza. Chciałam być zawsze silna. I to mi jakoś wyszło.

W polskiej szkole miałam bardzo dobrą nauczycielkę. Nazywała się Stanisława Kuchalska. Dowiedziałam się od niej bardzo dużo o życiu. Nauczyła mnie wierzyć w to, że człowiek wszystko może, jeśli bardzo będzie tego chciał. I najważniejsze jest wierzyć w Boga, we wszystko, co na tym świecie jest wokół nas. Jestem trochę staromodna, ale to mi nie przeszkadza.

WM: Myślę, że nie jest Pani staromodna, tylko klasyczna.

EP: Dziękuję bardzo.

WM: Dziś ma Pani swojego rodzaju „kontynuację” w postaci wspaniałego wnuka…

EP: W związku z moim podwójnym jubileuszem kilka kanałów rosyjskiej telewizji robiło o mnie filmy dokumentalne. Jeden z kanałów zorganizował wyjazd do małego miasteczka górniczego na północy Francji, w którym się urodziłam. Nazywa się Noyelles-sous-Lens. W tym miasteczku do dziś mieszka 70 proc. Polaków, ponieważ na początku ubiegłego wieku bardzo dużo emigrantów z Polski przyjeżdżało tu do pracy.

I gdy byłam na początku lipca, to mer miasteczka – Polak – pan Janiszewski, powiedział: „Siedemdziesiąt procent Polaków jest dumnych, że Polka jest też lubiana w Rosji, ale znaleźliśmy w internecie jeszcze jednego Polaka – Stanisława Piechę. Kto to jest?”. Odpowiadam – „Ktoś bardzo „obcy” – mój wnuk!” Staś ma ojca Litwina. Bardzo się cieszę, bo jest podobny do niego – wysoki, przystojny i utalentowany. Coś ma ode mnie, coś od Petrasa. Ojciec Stasia, Petras Gerulis, mieszka dziś w Wilnie i w Kownie. Małżeństwo to nie trwało bardzo długo, ale moja córka mówi, że Staś jest dzieckiem miłości. Petras był bardzo przystojny i Staś dużo po nim odziedziczył. W ten sposób automatycznie mam coś wspólnego z Litwą.

WM: Czy zdarzają się dyskusje pomiędzy Panią a wnukiem?

EP: Niestety nie. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ wychowywałam się sama. Nikomu nie byłam potrzebna. Mój ojczym i mama uważali, że muszę jak najszybciej zdobyć zawód, mama chciała żebym została krawcową i zarabiała pieniądze. A ja powiedziałam, że będę nauczycielką, bo pani Kuchalska powiedziała, że ja potrafię uczyć, mam zdolności pedagogiczne. Tak się stało, że nie byłam nikomu potrzebna, ale wiedziałam, że muszę być silna. Jak się urodziła moja córka, do 15 lat wychowywała ją babcia Łotyszka. Nie miałam innego wyjścia i musiałam zostawić córkę u babci.

Byłam artystką, a moja córka była wychowywana przez babcię Erikę. Córka też wyrosła i powiedziała: „Ja też wiem, co mam w życiu robić, nie musisz mnie wychowywać, sama zrozumiem, co jest dobre, a co złe”. Ilona ukończyła Instytut Teatralny, właśnie tam zakochała się w Petrasie. Niestety, związek ten nie trwał długo. Petras jest 10 lat starszy od Ilony. Ona w tej chwili ma 46 lat, on – 56. Tak się złożyło, że każdy wychowywał się sam i nigdy bym nie pozwoliła Ilonie powiedzieć do mnie: „Ty to robisz źle”. Powiedziałabym tak jak zawsze mówiłam: „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”.


Stasiowi więc nieraz mówię, wiesz, byłoby dobrze gdybyś posłuchał piosenek Marka Bernesa. A on odpowiada, Edyto, a kto to jest? Ale widzę, że mój wnuk śpiewa z wyczuciem. Ma dobre serce, pisze wiersze satyryczne, jest utalentowany. Bóg postarał się, żeby na tym świecie miał coś do powiedzenia i to mu dobrze póki co wychodzi. I bardzo proszę Boga, aby wnuk mógł zatrzymać się na scenie dłużej, niż wszyscy ci, którzy dziś rodzą się na scenie jako artyści.

WM: Podobno ma Pani dyplom psychologa…

EP: Mam ukończonych 6 lat na fakultecie filozofii. Fakultet psychologii powstał dopiero 3 lata po tym, gdy ukończyłam uniwersytet. Nie miałam możliwości obrony swojego dyplomu, a temat dyplomu brzmiał: „Wzajemne relacje pomiędzy artystą i publicznością”. Profesor Ananis, który wykładał psychologię osobowości, powiedział: „Miałem szczęście kilka razy być na Pani występach. Pani już swój dyplom napisała. Może Pani nie pisać pracy dyplomowej, bo wierzę Pani. Po co tracić czas na papierek, który jeden raz albo kilka razy ktoś przeczyta?”.

W ten sposób mam tylko książeczkę studencką. W ciągu 6 lat dostałam tylko cztery czwórki, reszta – same piątki. Bo ja nie potrafię nic robić byle jak. Zawsze miałam poczucie godności. Zrobiłabym dobry dyplom, ale to zajęłoby mi kilka miesięcy, a wówczas urodziła się moja córka i nie miałam wolnego czasu. Mam papierek, na którym jest napisane: „Zaliczyła 6 lat na Fakultecie Filozofii, Wydział Psychologii”. Później już przeczytałam aforyzm – „Czym jest dyplom? Jest to świadectwo tego, że miałeś okazję czegoś się nauczyć w tym życiu”. Świadectwo to zgubiłam, ale nauczyłam się dużo. Chciałam być dobrą nauczycielką, a zostałam artystką.

WM: Co Pani pomaga i dodaje siły w trudnych chwilach?

EP: Przede wszystkim wiara. Jak tatuś zmarł, mama miała 35 lat, tata 37. Cztery lata później zmarł mój brat, który miał 17 lat, ja wówczas miałam 7 lat. Mama zawsze mówiła: „Matko Bosko Częstochowska, pomóż mi to wszystko wytrzymać, wiem, nic nie zrobiłam złego, ale za co mnie wystawiasz na taką próbę?”. Zawsze mam przy sobie malutki obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, z którym nigdy się nie rozstaję. Dostałam go w dniu Pierwszej Komunii, gdy miałam 10 lat. Mam takie malutkie marzenie – pojechać do Częstochowy i pomodlić się przed Matką Boską Częstochowską, i podziękować Jej, że była zawsze ze mną – zarówno w trudnych momentach, jak i najważniejszych chwilach mojego życia. Obraz ten, podarowany przez księdza w 1947 roku w miasteczku Boguszów w Sudetach, nawet nie wyblakł, nadal jest jaskrawy, wszystkie kolory się zachowały. Matka Boska patrzy na mnie i pyta – „Jak żyjesz?”, a ja odpowiadam – „Dobrze, jeszcze żyję. Dziękuję, pomóż mi jeszcze trochę”. I tak żyjemy.

Wszystko to, co jest związane z moim zawodem nazywam służeniem ludziom, bo ja służę ludziom. Jako kobieta nie odczułam szczęścia, bo uważam, że kobieta powinna sama sobie szczęście stworzyć, a ja nie miałam czasu być kobietą, ponieważ zawsze byłam artystką, zaczynając od 19 roku życia, gdy wyszłam za mąż. Wszystko polegało na tym, by dobrze śpiewać, by ludzie wychodzili z sali koncertowej i moje piosenki zostawały w ich sercach. A jeżeli jeszcze przychodzili na mój występ, to rozumiałam, że znalazłam kluczyk do ich serca.


Poza tym, pomaga mi to, że zawsze staram się na siebie patrzeć oczami kogoś innego, z innego punktu widzenia. Staram się znaleźć przyczynę. Jeśli ją znajdę, wiem, że nie powtórzę błędu. I w ten sposób idę dalej, nie powtarzając tego, co było dla mnie przykrością. Tak samo jest z występami. Nigdy nie powiedziałam, że dzisiaj była zła publiczność. Wówczas mówię sobie: „Ty, Piecha, nie byłaś dziś gotowa do dobrego występu. Myśl o tym, co zrobiłaś źle”. Analizuję więc, myślę, doszukuję się w sobie przyczyny, aby następnym razem było lepiej. Zawsze staram się jutro być trochę lepsza niż wczoraj i to mi pomaga w byciu artystką. Ona musi kochać siebie, ale nie być zakochaną w sobie, nie tracić głowy.

WM: Które lata Pani uważa za najpiękniejsze w swoim życiu?

EP: Francja – to ponure kolory. Była wojna. Ojciec zmarł, brat zmarł, była żałoba, były bomby. Niemcy rozstrzeliwali górników, którzy stanowili ruch oporu. To wszystko takie czarne, smutne i zupełnie nie podobne do życia.

Później Polska. Po raz pierwszy jakby zobaczyłam słońce. Zobaczyłam, że chłopcy gwiżdżą bardzo głośno na dachu domu i puszczają gołębie. Nauczyłam się nawet gwizdać, choć mama mówiła: „Nie gwiżdż, bo nie będziesz miała pieniędzy”. Do dzisiejszego dnia przypominam sobie te 9 lat spędzonych w Polsce, pamiętam te pierwsze sekundy, te odczucia, gdy jakby „ślepy” człowiek zobaczył coś jasnego, coś ładnego, coś wspaniałego. Gwiżdżę na scenie, gdy mnie głośno oklaskują, mówię wówczas, że jestem szczęśliwa i że urosną mi skrzydła i polecę wysoko.

Musiałam wywalczyć sobie prawo pójścia do liceum pedagogicznego i uczyć się tak, by przynosić stypendium, ponieważ ojczym powiedział: „Nie przyniesiesz pieniędzy, nie dam Ci chleba”. Musiałam więc walczyć, by ukończyć liceum, które ukończyłam jako prymuska. Walczyłam o to, by pojechać do Związku Radzieckiego. Był to rok 1955. Pamiętam, gdy podczas trzeciej tury najważniejszy w komisji egzaminacyjnej profesor Uniwersytetu Gdańskiego powiedział: „Z erudycją jest Pani trochę na bakier, ale jest Pani inteligentna i myślę, że da Pani sobie radę w Związku Radzieckim”. To było naprawdę błogosławieństwo.

Dlatego moje życie ma jak gdyby trzy części – francuską, następnie polską i wreszcie Związek Radziecki. Na początku było bardzo ciężko, bo nie rozumiałam rosyjskiego i musiałam uczyć się języka z prac Karola Marksa. To było coś strasznego. Ale wytrzymałam to wszystko, a później zaczęłam występować. Była to także szalona praca. Śpiewałam to, co mi się podobało i myślałam, że tak zawsze będzie. Ale potem okazało się, że nie zawsze dobrze śpiewam, nie zawsze jestem w formie. A jak zrobić, żeby być w formie? A jak śpiewać? Jak wychodzić na scenę, żeby wszystko było w porządku? Tego wszystkiego musiałam dowiedzieć się sama, ponieważ nie skończyłam konserwatorium, ani szkoły teatralnej. Nie miałam zielonego pojęcia.

Ale wiedziałam, jak trzeba żyć na tej ziemi i jak mówił mój ojczym – „trzeba pracować, pracować”. Mama mówiła, że muszę być krawcową, musisz nauczyć się być dobrą żoną, a ja tu jestem artystką – zupełnie coś absolutnie nowego. Tak się złożyło, że nie był to ostatni odcinek mojego życia. Myślę, że jeszcze zrobię coś dobrego w tym życiu, może kogoś nauczę być dobrym artystą, ale na razie myślę o sobie. Zaproszono mnie, abym wykładała kurs etyki w Szkole Teatralnej.


WM: Jak często dziś używa Pani języka polskiego?

EP: Po polsku nie mówię już 52 lata, tylko czasami. Przyjaźnie się z konsulatem polskim w Petersburgu, pomogłam z występem z okazji 80. rocznicy podpisania stosunków dyplomatycznych polsko-rosyjskich. Pan konsul Jarosław Drozd bywa na moich występach. W związku z moim jubileuszem powiedział wspaniałe słowa: „Gdy się Pani urodziła, Pan Bóg powiedział – Trzeba ją pokochać, bo ona na to zasłużyła”. Czuję, że Pan Bóg mnie trochę pokochał.

Gdy w 1965 roku pojechałam po raz pierwszy występować w paryskiej „Olimpii”, a potem w 1969 roku po francusku prowadziłam dwuczęściowy występ leningradzkiego Music Hall’u – to myślałam, że już nie przypomnę sobie języka francuskiego. Ale po dwóch tygodniach zaczęłam mówić tak, że po rosyjsku zaczęłam mówić źle.

WM: Była Pani pierwszą radziecką artystką, która wystąpiła na tych najbardziej prestiżowych scenach świata…

EP: Paryska „Olimpia” bardzo mi pomogła w mojej karierze. Miałam też szczęście wystąpić w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale był to występ nie dla amerykańskiej publiczności, tylko dla społeczności rosyjskiej. Do Carnegie Hall zostałam zaproszona przez towarzystwo „Ojczyzna” w 1985 roku. Miałam koncert 9 maja, zaśpiewałam piosenkę „Dień Pobiedy” i cała sala śpiewała ze mną. Ludzie płakali, a Amerykanie krzyczeli „brawo” i „bis”, bo dlatego, że jestem trochę inna. Dlatego trwałam 50 lat na scenie, bo jestem niepodobna do innych. Występ w Carnegie Hall była na bardzo wysokim poziomie. Potem jeszcze pięć razy zapraszano mnie by zaśpiewać dla społeczności rosyjskiej. W Kanadzie śpiewałam też dla Polaków. Mam bardzo bogaty życiorys, zaliczyłam około 40 państw, w których występowałam.

WM: Z jakim uczuciem przyjeżdża Pani do Wilna?

EP: Z nadzieją, że Wilno mnie przywita gorącymi oklaskami, że przyjdzie mnóstwo ludzi. Z okazji jubileuszu udzieliłam bardzo dużo wywiadów. Mówiłam nieraz żartobliwie do dziennikarzy, że chyba pańska mama czy babcia lubiła Piechę, więc przyszliście do mnie…


WM: Moja mama mówiła: „Pugaczowa jest wulgarna. Popatrz na Piechę, widzisz jaka jest? A wiesz dlaczego? Bo jest Polką!”

EP: Dziękuję bardzo, ba pewno to jest w krwi u wszystkich Polaków. Trzeba być zawsze ładnym, starać się zawsze nieść kulturę. To jest najważniejsze dla człowieka i dla kobiety. Pugaczowa jest bardzo utalentowana, ale ona o tym nie chce wiedzieć. A ja zawsze chciałam wiedzieć wszystko.

Dziękuję i proszę przekazać ukłony dla Pana mamy.

WM: O czym dzisiaj marzy Edyta Piecha?

EP: Przede wszystkim o tym, aby być zdrową. Muszę uważać na siebie, aby móc obudzić się z rana i powiedzieć – „Jak ty się dobrze czujesz! To jest wspaniałe”. Trzeba tylko wierzyć. Najważniejsze moje marzenie – to być zdrową i życzyć zdrowia wszystkim ludziom. Życie każdego człowieka – to bumerang. Z jakimi uczuciami rzucasz go w przestrzeń, z tym samym do Ciebie wraca. Dlatego zawsze życzyłam ludziom szczęścia, dobroci, miłości. I myślę, że ludzie też mi tego życzą. Dzięki temu żyję i wyglądam nie na 70 lat, a trochę mniej, czuję się dobrze.


Kurier Wileński”, 1.10.2007

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Witalis Masenas – wileński dziennikarz. Z pochodzenia Polak. Przez sześć lat studiował i mieszkał w Polsce. Ukończył szkołę muzyczną i konserwatorium w Wilnie. Jego pasją jest muzyka, która stała się także częścią jego zawodowego życia. Obecnie pracuje nad książką o Alle Pugaczowej.

http://witalismasenas.wordpress.com


Advertisements

1 komentarz

  1. Edyta Piecha wspaniala artystka , śledzę jej losy i karierę od wyjazdu z Polski na studia do Związku Radzieckiego i jej występy w zespole Drużba , oraz na estradach całego świata.
    Jestem dumny pani Edyto ,że pani jest Polka.


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s